Dokładnie w środę, 29 kwietnia 2026 roku, weszła w życie decyzja Komisji Europejskiej, która odmienia finansowanie czystej energii w Unii. Zgodnie z nowymi przepisami, żaden projekt odnawialnego źródła energii (OZE) ani magazynu energii (BESS), który wykorzystuje falowniki (inwertery) lub systemy konwersji mocy (PCS) pochodzące z Chin, Rosji, Iranu czy Korei Północnej, nie może liczyć na wsparcie z unijnej kasy. Bruksela oficjalnie uznała te cztery kraje za podmioty „wysokiego ryzyka”.
Zakaz uderza w fundamenty transformacji
Decyzja ma zasięg ogromny – obejmuje nie tylko terytorium Unii, ale także Bałkany i Afrykę Północną, jeśli ich projekty łączą się z europejską siecią. Głównym celem są Chiny, które odpowiadają za ponad 60 proc. rynku falowników w Europie (a w nowych projektach nawet za 80 proc.).
Skutki mogą być szczególnie dotkliwe dla Polski i regionu. Eksperci szacują, że co piąty projekt OZE w Unii jest współfinansowany przez Europejski Bank Inwestycyjny, który teraz musi odmówić wsparcia. W Polsce, gdzie transformacja energetyczna nabiera rozpędu, brak dostępu do tanich i sprawdzonych komponentów może znacząco wydłużyć horyzonty inwestycyjne.
Ryzyko cyberataku jako parawan dla protekcjonizmu
Bruksela argumentuje, że falownik to nie zwykły komponent, ale newralgiczne urządzenie, które może potencjalnie służyć do zdalnego destabilizowania sieci. KE wskazuje na ryzyko cyberataków oraz niekontrolowanego dostępu do zarządzania infrastrukturą krytyczną.
Jednak wielu ekspertów krytykuje ten krok, nazywając go działaniem politycznym, a nie racjonalnym. „W Pekinie nacisną guzik i wyłączą nam prąd” – argumentują zwolennicy zakazu. Rzeczniczka KE Siobhan McGarry stwierdziła, że uzależnienie od dostawców z państw trzecich to potencjalna droga do zdalnej destabilizacji sieci.
Europejskie fabryki nie nadążą za popytem
Europa stoi przed realnym wyzwaniem – po prostu nie ma obecnie wydolnych mocy produkcyjnych, by zastąpić gigantów takich jak Huawei, Sungrow czy SMA. Próba zastąpienia chińskich komponentów europejskimi będzie wiązać się z ogromnymi kosztami i opóźnieniami, co w dłuższej perspektywie może uderzyć w unijne plany klimatyczne.
Brak przejrzystych kryteriów bezpieczeństwa. Lista „dostawców wysokiego ryzyka” została ustalona arbitralnie, bez przedstawienia dowodów na konkretne incydenty. W praktyce, surowe wymogi KE uderzą nie tylko w chińskich producentów, ale w każdą jednostkę, której używają europejscy integratorzy, co jeszcze bardziej podraża projekty.
Polski sektor BESS w potrzasku między celami a rzeczywistością
Polska, aspirująca do roli regionalnego huba magazynowania energii, staje w obliczu poważnego dylematu. Z jednej strony kraj musi realizować ambitne cele Zielonego Ładu, z drugiej – ma ograniczony dostęp do rodzimej produkcji kluczowych komponentów. Decyzja Brukseli może więc uderzyć w nasze możliwości szybkiego skalowania sektora.
Branża magazynowania energii apeluje o wprowadzenie jasnych i przejrzystych kryteriów certyfikacji, zamiast arbitralnych zakazów. W przeciwnym razie, koszty transformacji poniosą europejscy odbiorcy energii, a deindustrializacja starego kontynentu może postępować szybciej niż jego zazielenienie.